Deseczki

Wspomnienie przyszło nagle. Między łykiem kawy z mlekiem, a rozmową o codzienności.

- Pamiętam, jak się urodził, jak z sąsiadami piliście pępkowe, jak babcia się śmiała i podawała jedzenie. Ławka była jeszcze zielona, potem ta farba łuszczyła się wchodząc za paznokcie. Było ciepło. Wieczór i gwiazdy. Elewacja miała kolor piasku z kałuży. Pamiętam jak z synem sąsiada poszliśmy za dom, chciał mi coś pokazać, a w rzeczywistości strasznie mnie nastraszył. Posikałam się i uciekłam do domu. – uśmiechamy się.

- A pamiętasz jak mnie żałowałaś, jak mama była w szpitalu?

- Pamiętam, że siedziałam na schodach, Ty miałeś wyblakłą zieloną podkoszulkę i w czerwonym garnku w czarne kwiaty gotowałeś mi zalewajkę. Chciałeś zasmażyć ją cebulą, a ta cebula jak rozgotowane pancerzyki żuczków. Tak mi się kojarzyła, więc jej nie chciałam. Bolały Cię zęby, cierpiałeś, a mimo to byłeś taki ciepły, taki dobry. A ja płakałam, bo tak bardzo się bałam, że przez te zęby zabiorą Cię do szpitala i nie zobaczysz mojego braciszka.

- A jak robiliśmy boazerię w kuchni pamiętasz?

- Pamiętam. – uśmiecham się, a oczy mi błyszczą. – Miałam swój mały młoteczek, którym wbijałam małe gwózdki w małą deseczkę. Kuchnia stała pusta, meblowałeś ją tym co wyszło spod Twoich dłoni, jak muzyką, którą wieczorami wypełniałeś mi sny… Kuchnia, tylko kuchenka i zlew. I ten okap nad nimi, jak daszek z piernika. Tak mi się kojarzył. Pamiętasz tę zieloną książkę? Tam była taka chatka.

- Taka byłaś malutka, a nawbijałaś tych gwózdków całe opakowanie, a jak Ci szło! – przez tatę przemawia duma.

- Dlaczego ja tyle pamiętam? Miałam tylko trzy latka…

- Zawsze widziałaś za dużo.

Wspomnień jest więcej. Za dużo. Czasami mają swój dzień, innym razem tylko rok, albo detal, który pozwala usytuować je w odpowiednim miejscu na mojej osi czasu. Niewiele trzeba, aby się pojawiły i z mojej blond głowy wyciągały kolejne i następne. Nie mogę spać, myślę, uśmiecham się, płaczę. Na chwilę znowu siedzę w kącie kuchni na różowym kocyku. Mam 3 lata. Przeglądam zeszyty mamy. Jej pismo jawi mi się jako morze falbanek. Swoimi falbankami zapełniam całe kartki. Tata wraca do domu, biegnę, pytam: co tutaj napisałam? Tata nie wie, pyta czy ja wiem. Skąd? Nie znam pisma falbankowego, ja tylko odwzorowywałam.

Kuchnia, kąt pod kaloryferem, różowy kocyk. Książki. Koloruję kropki, kwadraty i trójkąty. Mama chce obrać ziemniaki na obiad. Braciszek płacze. On ciągle płakał. Mama śpiewała mu milion piosenek i dała mi tę pulę którą wyśpiewałam swoim chłopcom. Prosi żebym bujała. Bordowy wózek i białe koła. Kiedy bujam nie płacze. Wciąż mam trzy lata i za krótkie rączki, wyciągam je wysoko i jeżdżę. Żółto-bordowy chodnik pode mną. Mama pochylona nad koszem obok, mówi: jeszcze tylko chwileczkę, wytrzymasz? Wytrzymuję, choć to męczące i boli. Siadam na krześle, chcę sobie ułatwić. Rączki mam za krótkie, wózek pokonuje za małe odległości. Zsuwam się z krzesła. Mam na sobie brązową spódnicę na gumce uszytą przez babcię. Mama nie lubi tego stroju, ja uwielbiam. Jeżdżę dalej, żeby mama nie musiała się rozdwajać. Czekam na tatę, przychodzi, przejmuje brata, bierze mnie na kolana. Pachnie…tatą.

Zmartwienie pamiętam. Zmęczenie, łzy i smutek. Wyprawa do lekarza pociągiem, strach, łzy, ściszone głosy. Szybko organizowane chrzciny. Jego usta wchłaniające smoczek butelki, jego stopki na moich kolanach. Asysta w trakcie każdego zdarzenia. Obserwuję, czy nikt nie robi mu krzywdy. Martwię się gdy płacze, zwłaszcza w nocy, bo wtedy wyraźnie czuję ból i rozpacz. W górze tyle gwiazd, w dole tyle miast, śpiewam razem z mamą. Mama jest taka zmęczona, tata taki szary. Chrzciny. Dużo ludzi. Przyjechali z całej Polski. Przekazują go sobie, trzymają na rękach, wszyscy po kolei, przy stole z jedzeniem. Boję się, że zrobią mu krzywdę. Jest taki malutki. Wychodzę do pokoju obok. Wciąż mam trzy latka. Za mną przychodzi kuzynka. Na wersalce gruby wujek głośno chrapie. Wtulam się w fotel, w ramionach trzymam Dorotkę, jedyną lalkę, którą kochałam. Tamtego dnia straciła życie. Banalnie. Kuzynka zaproponowała pieluchę z lalki dla wujka. Wzięła ją, włożyła mu pod tyłek, ja chciałam ją wyciągnąć. Udało się. Blond głowa utonęła pod jego cielskiem.

Teraz mój młodszy, braciszek ma 23lata. Żonę, firmę, dom w trakcie budowy. Wiele wspomnień na swojej osi czasu i jeszcze więcej miejsca czekającego na zapełnienie. A ja wcale nie boję się o niego mniej, wcale nie przestałam nasłuchiwać czy nie cierpi. Wciąż czujnie obserwuję morza obcych rąk, które mogą zrobić mu krzywdę. Patrzę na jego kolejne pierwsze razy i rosnę. Puchnę dumą i podziwem. Jestem w pokoju obok, zawsze, będę gdyby mnie potrzebował. Zamiast Dorotki, tulę chłopaków i zastanawiam się, czy oni też będą tak podobni do taty jak ich wujek?

Po co tyle wspomnień…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.